Moja
teściowa jest mistrzynią w wyszukiwaniu problemów. Jeśli życie ułożyło jej się
wyjątkowo lekko, a staroć ma błogą, bo pełną dostatku i braku większego wysiłku
poza codziennymi obiadami to jej problemy urastają do wojen międzynarodowych
prowadzonych z synowymi i mężem. Jest specjalistką obgadywania wszystkich przed
wszystkimi. Mąż jest złym człowiekiem, bo od czasu do czasu wypije piwo i
zajmuje się ogrodem a nie domem (powinien tym i tym) i jeszcze pracuje (zarabia
na wydatki). Synowe są złe, bo izolują od synów, wnuków. Mistrzynią w byciu
jestem ja: mieszkamy z teściami, więc taka moja misja specjalna. Każdego dnia
znajduje sobie znakomity powód do narzekania na mnie lub mojego męża (czyli jej
syna). Nie robi tego jednak tak by narzekać mi na mnie a synowi na niego, ale
mi na męża, a synowi (mojemu mężowi) na mnie. Do tego dochodzi ciągłe
narzekanie na nas przed resztą rodziny. Jesteśmy, źli i okrutni, bo ciągle ją
pouczamy.
W
pouczaniu ma rację, ale my mamy prawo mieć wizję wychowania własnego dziecka i
nie wtrącamy jej się do jej wizji wychowania najmłodszego syna, który naszym
zdaniem do normalnych nie należy. Nastoletni chłopak zamknięty przez mamusię w
domu ogranicza swoje kontakty społeczne do gier komputerowych i rozmów z
trzyletnią bratanicą (kuzynką naszej kruszynki).
My
jesteśmy okrutni, ponieważ nie pozwalamy teściowej piszczeć do dziecka tylko
każemy mówić. Nie pozwalamy wyrywać zabawek, co kończy się płaczem małej. Nie
pozwalamy na siłę przytulać, szarpać, całować, dawać klapsów. Wychodzimy z
założenia, że dziecko też człowiek i wie, w jaki sposób chce zaspokoić swoje
potrzeby emocjonalne. Jeśli ma ochotę biegać, a nie przytulać się to biega.
Teściowa tego nie potrafi zrozumieć. Kolejne walki stoczyłam o całowanie w
usta. Przeziębiona babcia koniecznie musiała wymienić ślinę z małą! Od tego ma
męża, a dziecka niech nie molestuje, a jak już ma takie zapędy to ma własnego
nastolatka, z którym ciągle sypia, co pozostawiam bez komentarza, bo ów
nastolatek ma własny pokój i łóżko.